Margarita

Margarita bądź jak chcą czepliwi Hiszpanie Isla Margarita niejednemu kojarzyć się może z wytrącającym z równowagi kubki smakowe drinkiem. Trudno dociec w tym krótkim tekście powinowactwo tych słów, ale jedno należy z całą pewnością i odpowiedzialnością powiedzieć. Zarówno trunek jak i piękna jak latynoska kobieta wyspa mają coś wspólnego - jest to kaskada doznań jakie wywołują w kosztujących ich uroków turystach i smakoszach ziemskich rajów. Nieznośna lekkość bytu na tej skąpanej słońcem, wenezuelskiej wyspie, staje się nie tyleż przyjemna, co rozkoszna. Jakże zmienia się optyka, gdy opuszczamy gościnną polską ziemię i udajemy się np. Do La Asuncion jednego z większych miast Margarity. Wprawdzie nieliczni turyści zapuszczają się wte rejony ale wprawny globtrotter nie zaprzepaściłby takiej okazji, prędzej ległby trupem. Miejsce przyciąga ekscentryków swoją wyjątkowością, która poniekąd tłumaczy dlaczego tak małą atencją cieszy się to miejsce. Otóż rozrywkowo nastawiony podróżny niestety zastanie tu zakaz urządzania dyskotek, a i innych lokali o charakterze gastronomiczno-ludycznym nie uświadczymy zbyt wiele.

Mówiąc wprost - jeśli mych palców nie brakuje i jeszcze pamiętam rachunki - jest ich coś około 10. Tak więc jest to miejsce przyjazne refleksji i pewnie niejeden filozof znalazłby tu zacisze pozwalające zebrać myśli. Ja jednak upodobałem sobie największe miasto na Margaricie Porlamar. Pamiętam je głównie przez pewną uroczą autochtonkę, która tak urozmaiciła mój pobyt, że napływające wspomnienia zabierają mi siły i wenę do kontynuacji tego tekstu... Rozkosz wspomnień jest silniejsza wybaczcie...